Jak pies o kaczych
nogach i tułowiu
bestia o sześćdziesięciu
sześciu oczach
niby łagodny
baranek próbujący czymś zionąć
trąba w trzech
okolicznościach
słup soli powstały
z żywej kobiety
drugie słońce
wschodzące na zachodzie
butelka po wódce roztrzaskana o bruk
wyboista droga przed serpentynami
zgorzkniały
oddech przyszłego materiału sekcyjnego
na wpół otwarte
strasznie pytające oczy
Tak zarysował się szkic
istnienia
To moich pięć palców umoczyło
się w strudze
Potem ryby pływały brzuchem
do góry
Usiadłem na kamieniu przeznaczonym
dla kozic
Nisko opuszczona głowa znała
sens tego snu
Gdzieś głęboko usadowiła
się Klotho pracowita
Mały kot bawił się kłębkiem
Dzwon północny obwieścił
kolej dziejów
Pustoszkliste dwudzielne
wnętrze rozwarło podwoje
A za nim stanął świat nieskończenie
wielu luster
Zbudowany z dwu stojących
naprzeciw siebie
Łzy posoliły prazupę życia
Zgarbiony lecz krzepki Praojciec
starał się wybaczyć
Jego rozmiłowana dłoń głaskała
prawdy utopione w iluzji
Potem zesłał Jednorodzonego
by oczyścił z sadzy
Wymyśloną samoistnie realność
I przeniknął ją ogniem Swego
uczucia
Już umarł już-na nowo żywy
A wraz z nim żywi wszyscy
co odeszli
Dziś nie chcę się sprzeciwiać
Twojej woli
Ni wbijać sztyletu w promieniejące
Serce
Wiem że mnie kochasz
Choć nie do końca jestem
Twoim dzieckiem
Gdybyż mogło być inaczej
Ale czy ja się na to zgodzę
Siła całej mojej woli
W wyciągniętej ręce
Spoczywa dar dla Ciebie
Proszę nie odrzucaj go
Pozwól mi chociaż zawiązać
sznurówkę
U Twego buta
Pozwól choć tyle