Maciej Słowik

Jak pies o kaczych nogach i tułowiu
   bestia o sześćdziesięciu sześciu oczach
   niby łagodny baranek próbujący czymś zionąć
   trąba w trzech okolicznościach
   słup soli powstały z żywej kobiety
   drugie słońce wschodzące na zachodzie 
   butelka po wódce roztrzaskana o bruk
   wyboista droga przed serpentynami
   zgorzkniały oddech przyszłego materiału sekcyjnego
   na wpół otwarte strasznie pytające oczy
Tak zarysował się szkic istnienia
 

To moich pięć palców umoczyło się w strudze
Potem ryby pływały brzuchem do góry 
Usiadłem na kamieniu przeznaczonym dla kozic
Nisko opuszczona głowa znała sens tego snu
Gdzieś głęboko usadowiła się Klotho pracowita
Mały kot bawił się kłębkiem 
Dzwon północny obwieścił kolej dziejów
Pustoszkliste dwudzielne wnętrze rozwarło podwoje
A za nim stanął świat nieskończenie wielu luster
Zbudowany z dwu stojących naprzeciw siebie
Łzy posoliły prazupę życia
 

Zgarbiony lecz krzepki Praojciec starał się wybaczyć
Jego rozmiłowana dłoń głaskała prawdy utopione w iluzji
Potem zesłał Jednorodzonego by oczyścił z sadzy
Wymyśloną samoistnie realność
I przeniknął ją ogniem Swego uczucia
Już umarł już-na nowo żywy
A wraz z nim żywi wszyscy co odeszli
 

Dziś nie chcę się sprzeciwiać Twojej woli
Ni wbijać sztyletu w promieniejące Serce
Wiem że mnie kochasz
Choć nie do końca jestem Twoim dzieckiem
Gdybyż mogło być inaczej
Ale czy ja się na to zgodzę
Siła całej mojej woli
 

W wyciągniętej ręce
Spoczywa dar dla Ciebie
Proszę nie odrzucaj go
Pozwól mi chociaż zawiązać sznurówkę
U Twego buta
Pozwól choć tyle