iedziałem gdzieś daleko,
w ciemnym pokoju. Nie wiedziałem, gdzie on się znajdował.W oddali szumiały
drzewa i duł silny wiatr. Nie pamiętam, kiedy tu przybyłem i kiedy odejdę.
Wiedziałem tylko jedno-byłem zagubiony. Zagubiony wśród bezmiaru Ludzi
i zwierząt. Dzikich, ale łagodnych zwierząt. Kiedyś pod mój dom przyleciał
orzeł. Kiedy indziej myszołów. Ale lubiłem tylko pegazy, bo były wolne.
Cwałowały po niebie, daleko wśród chmur.
Gdybym tak umiał...
budziłem się z głębokiego
snu. Spojrzałem przez okno.
Na bruku leżał pijak.
" Może uda mi się go obrobić"-
pomyślałem i zamknąłem okno. Pośpiesznie ubrałem stary sweter i stare spodnie.
Nie brałem kominiarki, ponieważ w dzisiejszych czasach była zbędna. Wszyscy
kradli bez takiego skomplikowanego sprzętu. Wyszedłem na ulicę. Pijaka
już nie było.
- Cholera!- zakląłem.- Ktoś
był szybszy. Rozglądnąłem się po okolicy. Nie zauważyłem nikogo. "Może
dopadnę rabusia"- zlustrowałem sytuację przy pomocy mikroprocesora. "445
ulica. Lewa strona".
Pobiegłem i zamarłem. Przede
mną rozciągał się zielony, pięciokilometrowy pas, nad którym górowało błękitne
niebo. Takiego nieba nie było na ziemi od co najmniej trzystu lat. Przetarłem
oczy. Oto widziałem własny sen. Zobaczyłem pijaka. Ciągnął żyto. Dotknąłem
głowy. Mikroprocesor zniknął. Poszedłem do alkoholika.
- Daj banię- powiedziałem.
Polał patrząc na mnie spode
łba.
- Masz !
Wypiłem.
-Gdzie jesteśmy? - spytałem.
Rozciągnąłem się. Białe myszy i pegazy goniły po niebie. Zrozumiałem, że
nie śniłem. Byłem tylko pijany. I tak dotarłem na kraniec człowieczeństwa
i byłem szczęśliwy.