Kto winien?

ielokrotnie zastanawiałem się, jaka jest przyczyna mojej choroby. Jestem bowiem generalnie zwolennikiem teorii, że dziedziczona jest jedynie skłonność do schizofrenii, a nie sama choroba. Na przestrzeni ponad dziesięciu lat winą obarczałem kolejno: wrogie mi środowisko rówieśników w szkole średniej, własne dzieciństwo, sposób wychowania mnie przez moich rodziców i generalnie samych rodziców, kłopoty na studiach z psychopatycznymi wykładowcami-egzaminatorami, lęk przed służbą wojskową, który kazał mi kurczowo trzymać się studiów przy pomocy poradni zdrowia psychicznego, niedokończoną (z powodu urlopu macierzyńskiego psychoterapeutki) psychoterapię indywidualną na I roku studiów, zdecydowaną przewagę farmakoterapii nad psychoterapią w okresie “przedpsychotycznym”, na koniec wreszcie brak jakiejkolwiek pomocy psychologicznej i psychiatrycznej w okresie roku bezpośrednio poprzedzającego wybuch psychozy.


rozumiałem jednak w końcu, że za wybuch choroby odpowiedzialne są liczne łańcuchy przyczynowo-skutkowe ciągnące się całymi latami, a nawet wręcz przez kilka pokoleń.

Wprawdzie odczuwam nieraz pokusę uproszczenia tej sytuacji i obarczenia winą jednej konkretnej osoby lub jednego tylko środowiska, to jednak wiem, że taki postępek byłby intelektualną herezją.


ak, jak na skutek normalnej historii życia, tworzy się osobowość normalna w jednej z jej wielu odmian, tak przeżycia negatywne, urazy psychiczne, klęski życiowe tworzą w końcu schizofrenika.

Płynie stąd dla mnie oczywisty wniosek, że im bardziej życie zdiagnozowanego schizofrenika (synonim zespół paranoidalny) będzie odbiegać od życia ludzi normalnych, tym bardziej schizofrenik będzie nienormalny, tym cięższa będzie jego choroba. Przykładem skrajnym jest tu choroba szpitalna pojawiająca się u wieloletnich pacjentów szpitali psychiatrycznych (pacjentów rezydentów), która występuje nie tylko u schizofreników.


ypływa stąd wniosek kolejny, iż w celu uzyskania poprawy własnego stanu zdrowia, należy budować sobie świat zbliżony do świata ludzi zwyczajnych, normalnych. Świat składający się z pracy, rodziny, zainteresowań i przyjaciół. Nie gwarantuje to pełnej reemisji choroby, ale może zminimalizować obszar szkód poniesionych wskutek choroby na własnej psychice.

Życzę więc takiego świata każdemu czytelnikowi i czytelniczce tego artykułu.